środa, 23 maja 2012

Pisanie biografii

Przyznam, że podejmując się pisania biografii Profesor Marii Szmyd-Dormus chyba nie miałam świadomości czego tak naprawdę się podejmuję. Wyobrażałam sobie, że będzie to dość ciężkie zadanie, ale nie wiedziałam, że aż tak i że pochłonie to taką masę czasu. Piszę sobie więc systematycznie, zbieram materiały, tłumaczę, uzupełniam, a moja praca magisterska wciąż jest w strzępach, choć już zajmuje 90 stron tekstu drukowanego! Dzisiaj idę na kolejne spotkanie z Panią Profesor i już się boję jaką ilość materiału znów dostanę do analizy. ;)

Tak, mam potrzebę sobie ponarzekać, jest upał, w mieście wszystkie ściany oddają ciepło, siedzę w pokoju prawie nie ubrana, popijam sok pomidorowy (żeby uzupełnić moje niedobory potasu, bo ostatnio wylądowałam przez to na pogotowiu) i piszę, piszę, piszę. Końca nie widać. Wciąż znajduję nazwiska, o których powinnam coś wiedzieć, coś napisać, ta praca się rozrasta jak ciasto drożdżowe i nie wiem czy kiedyś przestanie!

Ech, do dzieła...

Domi

niedziela, 20 maja 2012

Concorso Musicale Europeo Citta di Filadelfia

Filadelfia to malutkie miasteczko w Kalabrii, na południu Włoch, kilkadziesiąt kilometrów od portu lotniczego Lamezia i również kilkadziesiąt od najbliższej plaży. :-) Miejsce idealne na wypoczynek, ale... również na to by zorganizować tam konkurs muzyczny, na który przyjechali uczestnicy z całego świata. Słoneczna pogoda, urok małego miasteczka, otwarci na nowe znajomości ludzie, brak pośpiechu i cała masa serdeczności sprawiły, że na cały tydzień skutecznie oderwałam się od akademickiego wiru przedsesyjnego i odetchnęłam pełną piersią! :-) 


Na konkursie była cała masa różnych kategorii, zarówno wiekowych, jak i instrumentalnych. Razem z przyjaciółkami z Blueberry Trio zabrałyśmy się do intensywnej pracy, aby wystąpić zarówno w kategoriach solowych, jak i wspólnie - jako zespół. Po długiej podróży z Krakowa do Mediolanu, z Mediolanu do Lamezii i z Lamezii do Filadelfii, w końcu zameldowałyśmy się hotelu. Nasza nieznajomość języka włoskiego i niemożliwość dogadania się w żadnym innym języku obcym sprawiała nieco problemów, ale niejednokrotnie była powodem naszych ataków śmiechu. ;-)

W komisji konkursu zasiadali uznani w świecie muzycy, którzy stworzyli niepowtarzalną atmosferę przesłuchań,  pełną sympatii, radości z muzykowania i słuchania, a co najważniejsze - wolną od stresu. :-) Przy okazji konkursu odbyły się także kursy perkusyjne z jednym z jurorów, Maestro Filippo Lattanzim - wspaniałym perkusistą, który uświetnił jeden z konkursowych wieczorów swoim koncertem, podczas którego wykonał piekielnie trudne "Khan Variations" A. Vinao.

Po koncercie całą międzynarodową paczką poszliśmy świętować nasze sukcesy i tego samego wieczoru miałam przyjemność odbyć osobliwą lekcję marimby z Filippo Lattanzim, który nauczył mnie jak trzymać pałki (rurki do drinków) techniką Stevensa. 


Wśród młodych muzyków podczas konkursu pojawili się prawdziwi mistrzowie swoich profesji, m. in. Natalia Ruchkina z Rosji (fortepian), która podczas koncertu laureatów perfekcyjnie wykonała Impromptu B-dur Schuberta, duet perkusyjny z Tajlandii (Tanasit Siripanichwattana i Karen Takaguchi), który mógł poszczycić się ogromną precyzją, niesamowitym porozumieniem pomiędzy muzykami oraz wielką fantazją! :-)

Jak każdy wyjazd, także ten wzbogacił mnie o wiele wspaniałych wspomnień, nowych znajomości z muzykami z całego świata. Poznałam nowe miejsca, smaki, zapachy, dostałam zastrzyk inspiracji i silnego kopniaka do dalszej pracy! Muszę się pochwalić, że wróciłyśmy z woreczkiem nagród w kategorii solowej moja przyjaciółka, klarnecistka, Weronika Bacher, uzyskała pierwszą lokatę, ja w kategorii solowego fortepianu dostałam miejsce trzecie, a jako Blueberry Trio (wraz z flecistką Jagodą Pietrusiak) zostałyśmy nagrodzone drugia nagrodą! :-) Wszystkim, którzy trzymali kciuki - serdecznie dziękujemy!!! 

piątek, 27 kwietnia 2012

O problemach preparacji i innych dyrdymałach

Preparowałam miesiąc temu fortepian w Solvayu, miałam coś skrobnąć jakiś czas temu tutaj, ale w sumie to siedzę i ćwiczę nieustannie, biegam na próby, odrabiam zaległe zajęcia dzieciakom w szkole, a w międzyczasie staram się nie zaniedbywać w czytaniu książek, oglądaniu filmów, spotkaniach z przyjaciółmi, etc. Poza tym staram się trochę usystematyzować moją egzystencję, pisać pracę magisterską każdego dnia, nie mieć biurka zawalonego notatkami, nutami i 10 kubkami po herbacie. Oczywiście nie udaje mi się to nawet w jednym procencie, więc siedzę teraz na dużej piłce do ćwiczeń (tak, tak, o kręgosłup dbam), naczynia w zlewie czekają na lepsze czasy, wokół leżą strzępy mojej magisterki, nuty (właśnie zauważyłam jedną stronę partii czelesty z "Dziadka do orzechów"... koncert był... w grudniu?), a więc artystyczny chaos mnie nie opuszcza. 
Czuję się przez ostatnie miesiące tak, jakbym zbiegała z ogromnej, stromej góry na złamanie karku. Gram w trzech zespołach, w międzyczasie preparuję fortepian, priorytetem jest ćwiczenie do drugiego dyplomu, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim jeżdżę po świecie na konkursy. Potem wracam i nagle dowiaduję się o godzinie 13, że o 14 są zaliczenia z jakiegoś przedmiotu. :) Szaleństwo! :) 
Moi uczniowie ostatnio z upodobaniem grają utwory Chicka Corea'i, co działa kojąco na mą duszę. Nie ma to jak iść do pracy posłuchać dobrej muzy. 
Miałam o preparacji pisać, ale jak to zwykle bywa, za dużo "gadam"... 


Gdy po raz pierwszy przeczytałam komentarz do "Sonat i interludiów na fortepian preparowany" J. Cage'a nie chciałam uwierzyć, że przygotowanie preparacji trwa ok. 2 godzin. Późniejsze doświadczenia dowiodły jednak, że faktycznie tak jest, a na dodatek okazało się, że śruby które pasowały do mojego fortepianu, niestety nie pasowały już do fortepianu w Solvayu. ;) Na powyższych zdjęciach widać jak skomplikowana jest preparacja wymyślona przez Cage'a i pragnę dodać, że każdy z przedmiotów do preparacji trzeba umieścić w odpowiedniej odległości od tłumików. Co więcej - odległości te podane są przez Cage'a w calach, trzeba więc wcześniej przeliczyć je na centymetry i zaopatrzyć się w dwie linijki (krótszą do strun w rejestrze sopranowym i dłuższą do basów). Gdy już poprzeliczamy te wszystkie odległości pojawia się kolejny problem, gdyż dla przeciętnego Polaka nie ma różnicy pomiędzy "screw", "bolt", "furniture bolt", "long bolt", "small bolt", "medium bolt", etc. Zwróciłam się więc o pomoc do znajomego z Cleveland i w odpowiedzi dostałam całą instrukcję wraz ze zdjęciami poszczególnych rodzajów śrub, śrubek, konfirmantek, wkrętów i innych metalowych dziwadeł. :) Udało się! Skompletowałam cały sprzęt!
W dniu koncertu przybyłam do Solvayu kilka godzin wcześniej i zajęłam się przygotowywaniem instrumentu, a gdy przez to przebrnęłam zrobiłam sobie krótką próbę i... okazało się, że po kilku minutach grania niestety niektóre śruby pod wpływem drżenia strun wysuwają się i spadają na płytę rezonansową, a potem to już wcale nie taka łatwa sprawa wyciągnąć je z pomiędzy strun. Wtedy zorientowałam się, że najlepiej zakładać je nie tyle prostopadle do strun, ale pod kątem co widać na zdjęciu. Oczywiście wszystko wkręcamy w gumowych rękawiczkach żeby paluchami nie dotykać strun i ustrzec je od niechybnej korozji. :) Gdy już uporałam się z wszelkimi problemami preparacji zostało już tylko to co tygryski lubią najbardziej, czyli koncert Orkiestra ElektroNova 2012.  Tutaj efekty (inne utwory wykonane podczas koncertu usłyszeć można odwiedzając stronę www.sme.amuz.krakow.pl i klikając w zakładkę "Koncerty"):
   video

czwartek, 12 kwietnia 2012

Romanca na trzy nogi

Książka Katie Hafner "Romanca na trzy nogi. Opowieść o życiu i muzyce legendarnego pianisty Glenna Goulda" jest aktualnie jedną z ulubionych pozycji w mojej bibliotece. Znalazłabym dla niej też kilka innych tytułów, a myślę, że najtrafniejszym byłby "Generał Gould - ekscentryk" (nawiązując do jednego z preludiów Claude'a Debussy'ego). ;-) Biografia wciągnęła mnie totalnie i "zjadłam" ją podczas dwóch czterogodzinnych podróży polską koleją. ;-) 

Już pierwsze zdania wywołują uśmiech na twarzy czytelnika, a w głowie rodzi się obraz Glenna Goulda - bałaganiarza, dziwaka, hipochondryka, ale przede wszystkim - perfekcjonisty. Wielogodzinne nagrania, wyciskanie z współpracowników ostatnich kropli potu, dręczenie stroicieli... Glenn Gould nie był "easy-going". Stawiał ekstremalne wymagania wszystkim wokół, ale także sobie. Wciąż doskonalił warsztat, dbał o ręce jak o największy skarb, dokonywał dziesiątek nagrań, by w końcu wybrać to najbardziej perfekcyjne. Stronił od występów publicznych, od gazet, reporterów, od bycia cyrkową małpką na potrzeby innych. 

Ponadto lektura "Romancy na trzy nogi" przybliża czytelnikowi cały proces strojenia instrumentu oraz jego budowy w bardzo przystępny sposób, opowiada o historii firmy Steinway&Sons oraz ukazuje Glenna Goulda w kontekście czasów, w których żył.

A dla mnie osobiście to opowieść o związku jaki łączy pianistę z jego instrumentem, o tym, że fortepian to coś więcej niż "rzecz", że to łącznik pomiędzy fantazją a realnym światem dźwięków. :-)

Z czystym sumieniem - polecam. :-)

niedziela, 18 marca 2012

"To Hummel napisał koncert na perkusję?"

Tak. Hummel napisał koncert na perkusję i orkiestrę. Tyle, że to nie był ten Hummel, o którym pomyślałam rozmawiając z przyjacielem perkusistą. Bardzo poruszona wieścią o koncercie na perkusję Hummla zmuszona byłam zapytać wujka Google i ciocię Wikipedię jak to możliwe, że Johann Nepomuk Hummel, który słynie z tego, że napisał cadenze do koncertów fortepianowych Mozarta, a nawet sam popełnił nie jeden, bo aż osiem koncertów fortepianowych, skrobnął także coś na perkusję i podobno brzmi podobnie do utworów Krystyny Moszumańskiej-Nazar...



Muszę przyznać, że może muzyka Johanna Nepomuka nie należy do kanonu utworów jakie słucham z przyjemnością na dobranoc, nie mam jej także w teczce pt. "te, które chciałabym kiedyś zagrać". Niestety w mojej świadomości następuje wyparcie, ale staram się nie być ignorantką i twórczość tę znać... no przynajmniej pobieżnie. ;)

Tutaj mała próbka fortepianowo-orkiestrowa Johanna Nepomuka Hummla. Koncert h-moll na fortepian z orkiestrą (ten chyba jest najbardziej znośny). Gra Howard Shelley (to duży plus tego nagrania).


Hummel, o którym mówił mój przyjaciel to kompozytor niemiecki XX wieku, który napisał całkiem świetny koncert na perkusję i orkiestrę. 


Hummel. Bertold Hummel. ;) Oczywiście jak pogrzebałam chwilę dłużej to okazało się, że na fortepian coś też popełnił i moi uczniowie z pewnością byliby zachwyceni tego typu repertuarem:

...ale też coś dla fanów atonalnej muzyki fortepianowej (czyli tej, na której słuch większość moich znajomych się krzywi). Drei Klavierstuecke "Hommage a Alban Berg". I to jest coś czego mogę na dobranoc słuchać i mieć potem piękne atonalne sny. :)



Miłego odbioru :)


sobota, 17 marca 2012

Manfred Aust zagra utwory kompozytorów na "Sz"

Wszystkich zainteresowanych muzyką fortepianową zachęcam do przybycia do Sali Koncertowej Akademii Muzycznej w Krakowie (przy ul. św. Tomasza 43) na recital Prof. Manfreda Austa (Lubeka) w najbliższą niedzielę (tj. 18.03.2012r.) o godzinie 17:00. W programie koncertu znajdą się najznakomitsze dzieła Schuberta, Schumanna oraz Schoenberga (wszyscy na "Sz" ;).

Recital będzie inauguracją kursów pianistycznych, które Prof. Manfred Aust poprowadzi w najbliższych dniach w Akademii Muzycznej w Krakowie, a których uczestnikami będą studenci tejże uczelni. Do udziału w roli słuchaczy również gorąco drogich czytelników zachęcam. ;)

Podczas recitalu usłyszymy m. in. przepiękną sonatę fis-moll Roberta Schumanna, której fragment zamieszczam poniżej (gra Yulianna Avdeeva). :) Choćby ze względu na tę kompozycję warto się pojawić. :)

A! I jeszcze jedna sprawa! WSTĘP WOLNY! :)


piątek, 2 marca 2012

Orkiestra ElektroNova 2012 - highlights

Po raz kolejny zagrała dla nas Orkiestra Elektronova. Tradycyjnie 26-ego lutego odbył się koncert muzyki zapisanej i improwizowanej, świeżej i gorącej jak wyjęte z pieca bułeczki.

Jak zawsze koncert poprowadził niezastąpiony prof. Marek Chołoniewski i wprowadził nas, słuchaczy, w świat totalnego muzycznego odlotu. 

Na dobry wieczór usłyszeliśmy najnowszą kompozycję Alisy Vasilkowej z Ukrainy. Były latające nad głowami głośniki, zloopowane fragmenty gitarowej (zaraz posypią się gromy, gdyż nie wiem dokładnie co to był za instrument) improwizacji, które ulegały coraz większemu zagęszczeniu. Było migotliwie, trochę archaicznie. Aż tu nagle wchodzi na scenę ubrany na czarno mężczyzna z pomalowaną na biało twarzą. Wyglądał całkiem jak szpieg z krainy deszczowców. Przeszedł przez scenę i usiadł na krześle. Zastanawiałam się chwilę co to miało na celu, nie doszłam do żadnych wniosków, ale przyznam, że ubawiłam się po pachy. :) 
Były później bębenki, interakcja szpiega z artystką i powrót do improwizacji gitarowej. Całkiem przyjemnie.

Po takim łagodnym wstępie na scenie pojawił się Michał Pawełek, który wykonał "Bacchanale" Johna Cage'a. Kompozycja o tyle znamienna, że pierwsza popełniona przez Cage'a na fortepian preparowany. Przyznam, że Michał dość łagodnie obchodził się z fortepianem (szczerze wątpię czy ja będę tak samo delikatna za miesiąc), utwór wykonał bardzo sumiennie i rzetelnie. Preparacja zabrzmiała świetnie (dodatkowo uwypuklona dzięki amplifikacji), a i niuansy dynamiczne były przez wykonawcę świetnie zrealizowane. Wykonania piekielnego trylu w lewej ręce - szczerze gratuluję!!! Można się ostro przećwiczyć przy tym! Zabrakło mi tylko większej szorstkości niektórych fragmentów, może nawet odrobiny agresji, ale ja to dzikus jestem! ;) 

Muzycy Oscylator Ensemble pod dyrekcją prof. Marka Chołoniewskiego wprowadzili słuchaczy w świat dźwięków przeciętnemu człowiekowi obcych. Kompozycja improwizowana stworzona przez artystów grających na pyrkających, świszczących, wyjących i ględzących oscylatorach nasuwała mi na myśl mnóstwo skojarzeń - począwszy od karetki, poprzez zrzędzącą teściową, a skończywszy na marcujących kotach (wiosna tuż, tuż!). Ponadto - miło się na nich patrzyło! :)

Grupa Mal z Sao Paulo niestety dokonała gwałtu na moich uszach głośnością i brutanością dźwięku. Basy wprowadziły u mnie fizjologiczną reakcję niemożliwości złapania oddechu i byłam zmuszona wyjść z sali na jakiś czas. 

Dla kontrastu (i to dość drastycznego) powróciłam do sali akurat na 4:33 Johna Cage'a, które wykonane zostało przez znaną już ze swej wcześniejszej działalności Orkiestrę Laptopową! :) Muzycy otoczyli w zupełnej ciemności publiczność i otworzyli swe laptopy. I była cisza. Pozorna cisza. Spadły klucze, ktoś ziewnął, ktoś kaszlał, jeszcze ktoś inny - chrapał, a mnie wierciło w nosie i o mały włos, a cała sala usłyszałaby spektakularne kichnięcie. ;)

Po "ciszy" Dunaewsky69 wprowadził nas w klimat muzyki elektronicznej, poczułam się jak w klubie na dobrej imprezie, szkoda, że nie mogłam tańczyć. ;)

...iii długo wyczekiwane, upragonione i całkiem niesamowite Imaginary Landscape było ostatnią kompozycją jaką usłyszałam tego wieczoru (następnego dnia miałam dyplom i zmuszona byłam porządnie się przed nim wyspać). :)) Przyznam, że wykonanie utworu było nie lada przeżyciem. 24 osoby na scenie, 12 odbiorników radiowych i to całkowicie różnych - nowych, starych, wielkich i całkiem malusich, podręcznych radyjek. Skład orkiestry też egzotyczny: muzyczno-niemuzyczny, wielopokoleniowy i bardzo różnorodny. Dyrygent Maciej Koczur stworzył genialny spektakl, a orkiestra pod jego batutą zagrała kawał dobrej muzy! ;) Potem były ukłony, brawa, gratulacje... kwiaty, lampka szampana, zabawa do rana (?? tego nie było?? chyba pomyliłam imprezy ;)) John Cage nie zrobiłby tego lepiej! ;)

Koniec. Kropka.


John Cage - Imaginary Landscape IV from naŻywo.net on Vimeo.

sobota, 25 lutego 2012

Telegram: Orkiestra ElektroNova 2012

Koncert jutro. 
Orkiestra ElektroNova 2012 rusza. 
Przybywajcie tłumnie.

Akcja:
Rok Cage’a
Oscylator Ensemble
program Gaude Polonia
Laptop Orchestra


Miejsce:
Akademia Muzyczna w Krakowie
Studio Muzyki Elektroakustycznej
Sala Koncertowa
ul. św. Tomasza 43
Kraków

Czas:
niedziela, 26 lutego 2012, godz. 20.30

Wstęp wolny!!!

niedziela, 12 lutego 2012

Martha na niedzielę

Miałam dziś leniwe niedzielne przedpołudnie. Ferie mi się kończą, więc staram się uprzyjemnić sobie ostatnie ich chwile. Obejrzałam na śniadanie "Todo Sobre Mi Madre" Almodovara, a później wpadłam w wir YouTube'owych nagrań i po raz kolejny zafascynowałam się Marthą Argerich. :)

Dzielę się z Wami tym co wygrzebałam z czeluści YouTube'a. :)







Miłej niedzieli! :)